Nowy rok, nowa ja!

Za sprawą koleżanki – wyjątkowej dziewczyny (jeśli to czyta, mam nadzieję, że wie, iż o niej mowa ), pod koniec grudnia postanowiłam, że od nowego roku czas na zmiany. Na imprezie sylwestrowej tylko utwierdziłam się w swoim przekonaniu. Tak więc 1 stycznia wylałam morze łez. Wypłakałam wszystkie smutki, troski i lęki, które chowałam gdzieś tam głęboko na dnie serca. Ryczałam dosłownie cały dzień i nie mogłam nad tym zapanować. Łzy lały się strumieniami. Ale to właśnie było mi potrzebne. To taka forma oczyszczenia, która zakończyła moją bardzo długą żałobę po niespełnionych obietnicach, głupich nadziejach, fatalnych w skutkach decyzjach i straconych latach. Z reguły każdy człowiek po stracie przechodzi okres żałoby, bo jest to naturalny etap powrotu do normalności. Tylko u każdego wygląda on inaczej i różni się czasem trwania. Jedni potrzebują kilku tygodni, drudzy miesięcy, a jeszcze inni lat.

Znalazłam się w tej trzeciej grupie, a moja żałoba polegała na tym, że wycofałam się nieco bardziej z kontaktów towarzyskich, a wolny czas wolałam spędzać w domu z książką. Pewnie powiecie, że przecież to normalne, bo są typy domatorów. Wiem, ale w tym moim „domatorstwie” było coś jeszcze. Coś, czego nie umiałam nazwać, ale siedziało głęboko we mnie i bardzo mi doskwierało. Dopiero z czasem zrozumiałam, że był to lęk przed tym, że znów mnie ktoś skrzywdzi, ale chyba też przed oceną innych – patrz, to ta rozwiedziona! A oprócz tego doszła jakaś forma zawieszenia, że wszystko SAMO się naprawi i myślę, że też bardzo długo łudziłam się nadzieją, że jeszcze nic nie jest stracone, że będzie romantyczny happy and, jak w tanich filmach, gdzie nawet po rozwodzie ludzie do siebie wracają, bo przecież miłość wszystko zwycięża. Karmiłam się takimi banałami. Bo kochałam. Myślę, że jeszcze przez bardzo długi czas po rozwodzie. Przecież miłość umiera powoli. Ale w końcu musiał nastąpić przełom. Obudziłam się z letargu i zrozumiałam, że nic się samo nie zrobi, a zdrada i perfidne krzywdzenie kogoś nie ma nic wspólnego z miłością. Że nawet jeśli kochasz, ale ta druga strona karmi cię kłamstwami i nie szanuje, to uciekaj czym prędzej, bo nie tędy droga. Uświadomiłam sobie też, że życie przecieka mi między palcami i że nie żyję w pełni, a tylko wegetuję. Więc zgodnie ze słowami „wykrzycz to, wypłacz, a później żyj, bo możesz żyć tak szczęśliwie, że głowa mała”, tak też zrobiłam. Mówiąc w przenośni, żałobny strój zamieniłam na kolorowe sukienki. Ściełam włosy. Kupiłam buty na wysokich obcasach i czerwoną szminkę. Biegam. Od stycznia żyję w pełni!

Dziękuję B!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s